BENVENUTA CELLINIEGO
«CAPITOLO FATTO IN PRIGIONE E LODE
DI DETTA PRIGIONE»
„Questo capitolo scrivo a Luca Martini chiamandolo in esso come qui si sente."
Vita di Benvenuto Cellini
scritta da lui medesimo.
Firenze 1846. 42 karta, tom drugi
[WSTĘP]
Tłumacząc na język polski Benvenuta Celliniego poema w więzieniu Castel - S. Angiolo pisane, przychodzi na myśl, iż czytelnikom polskim nazwisko to może być bardzo jednostronnie albo wcale nie znane, jakkolwiek jeden z najznakomitszych sztukmistrzów, nie tylko z tego względu, ale i jako człowiek, a osobliwie jako typ historyczny czasu swego, nieskończenie jest interesujący. Benvenuto Cellini urodził się we Florencji roku 1500 (umarł 1570), z starej a podupadłej szlachty toskańskiej ród swój biorąc; był on nieledwie rówiennikiem Michała Anioła Buonarroti, z którego młodzieńczych jeszcze arcydzieł wzory czerpał; współczesny przeto Rafaelowi Urbino i całemu onemu najbogatszemu talentów zakwitowi, który dotąd gwiazdą jest wszech-sztuki. Rysownik, rzeźbiarz, złotnik, fortyfikator, mechanik, tak jak każdy artysta dojrzały onego czasu, a czasu zdrowia sztuki, głównie na celu mającej ukształcenie w człowieku siły tej ogólnej, którą zowiemy twórczością i wynalaztwem, a następnie za-aplikowanie tejże wedle widoków najsprawiedliwszego postępu cywilizacji chrześcijańskiej.
Taki i tak pracujący człowiek zwał się na on czas virtuoso, i takim był Cellini. Że to był czas dla Południa i dla Zachodu Europy niezmiernie podobny temu, który Pasek u nas w swoich opisuje pamiętnikach - pamiętniki przeto Celliniego, zwłaszcza dla umiejących je oceniać wedle tego, co animusz włoski nie poczytuje i nie poczytywał sobie czasu swego za skandal, niewątpliwie przechodzą najbogatsze romantycznych powieściopisarzy dzieła. Cellini, tak jak Rafael i Michał Anioł, kiedy nie przez dłuto lub ołówek, to przez pióro tłumaczył się nie mniej poetycznie, co następstwem jest jasnym onego to, powyżej wzmiankowanego, sztuki pojęcia ogólnego. Że zaś u nas z jednostronnego tylko stanowiska, to jest przez rym jedynie, sztuka jest dotąd popularną, nie będzie więc może obojętnym ten wielkiego artysty poemat, talentu jego odbłysk maleńki wskazujący.
Cale nieledwie życie intrygami płaskiej zazdrości albo niezrozumieniem, albo formalną powagą władz, czujących, iż może być poza nimi bezpośrednie udarowanie z góry siłą czynną i twórczą, albo nareszcie niekonsekwencjami zemst osobistych otoczony, znajduje się nareszcie Benvenuto Cellini, nie bez udziału własnego (bo na on czas szpada każdemu coś z rządowej siły zastrzegała), znajduje się on uwięzionym po dwakroć w zamku Anioła Św. w Rzymie: raz na szczycie wieży, drugi raz w podziemnym lochu. Gorący katolik, a na rozkaz cywilnej władzy państwa rzymskiego uwięziony, w ostatecznych organizmu i modlitwy częstej wysileniach, wzmiankuje on zachwycenia swoje i pocieszenia tajemnicze od chwili, w której tak się już ugościł w lochu swoim, że mu stał się przestronnym i wygodnym. Z tej to doby datuje następny poemacik*.
* Ciekawa jest i głęboka uwaga Celliniego po wyjściu z więzienia, kiedy opisując podróż swoją do Viterbo, mówi, iż przełożoną zakonu mniszek, a siostrę swą, chciał odwiedzić, „albowiem (son certissimo) jestem przekonany głęboko – mówi on – iż modlitwy ich spowodowały, że w lochu pocieszany byłem łaską i widzeniem anielskim Łaski Bożej”. Sobie więc nic w tym nie przypisuje, owszem, zawsze tam jako grzesznik o przebaczenie tylko modlił się.
W dziejach tego człowieka nic do prawdziwej nie braknie tragiczności. Geniusz i praca, i poświęcenia dla sztuki wywołują nieledwie równą ilość zawiści, intryg i bezmyślnych powag; bohaterstwo w obronie ojczyzny wywołuje nieledwo równą sumę osobistych nieszczęść i boleści; strażnictwo skarbów powoduje obwinienie o złodziejstwo; spowiedź szczera rodzi podejrzenia; samochwalstwo uczniów szkodzi mistrzowi; niezrozumienie i umyślne nieocenianie popycha aż do oddania sobie samemu sprawiedliwości niesmacznej i szkodliwy nałóg mówienia o sobie rodzącej; męstwo i poświęcenie się w obronie sprawy Kościoła nie pomaga w więzieniu, okrom, iż spokojem ducha darzy. W tym wszystkim człowiek ten bez ironii, bez rozpaczy, bez wyczerpnięcia się - zdawałoby się, że otoczony na wszystkie strony zwojami wężów - bawi się, rysując dziwaczne ich przeboje do utworzenia z czasem onej głowy Meduzy, którą w rękę Perseusza potem włożył. Z tego to stanowiska czytając pamiętniki Benvenuta, zaiste, pod zabawnością ich zewnętrzną, niekiedy dla północnego ucha płaską nawet, czuć tę wielką głębokość, którą niektórzy w Don-Quichota przygodach odkryć i poczuć już nareszcie umieli.
I
Kto by chciał wiedzą Pańskie tykać łono
I znać, jak człowiek od-modla się ziemi,
Niechby go pierwej tak, jak mnie, więżono,
Z ciężarem myśli - z tęsknotą za swemi,
Dalekość których w każdej szersza dobie:
Wreszcie - z wspomnieniem także - i... o sobie!
II
Więc - skoro zacne ty poczynasz dzieło,
Wraz niech cię porwą i zamkną złośnicy
(Lecz nie wiedz, skąd by się ratunku wzięło).
Owszem - niech jeszcze skradną cię w ciemnicy,
A ty, grób czując, patrz, jako się śmieje
Rubaszny strażnik, pijąc twą nadzieję...
III
Potem się zmocnij i wyłam za kratę,
Drabinę obmyśl, a w braku skocz z góry,
Byś z czasem w dolną poszedł kazamatę;
Lecz nie dość - pierwej, przesadzając mury,
Złam jeszcze nogę i owiń we szmatę,
A psów i ludzi gdy cię zwietrzy paszcza,
Bądź znów w więzieniu mokrym i bez płaszcza,
I znów bez wieści, krom jakiej nowiny
Chmurnej, gdy jadło wnoszą ci i drwiny!
IV
Tu więc - że nie ma nic na bez-podłogach,
Korzystasz naprzód z planu: iż jest równy,
Więc nie zasiedzisz, jesteś wciąż na nogach;
Dalej - że strażnik, nie będąc wymowny,
Równie się skąpo jak zamek otwiera,
Więc i duch niemniej ścisłości nabiera...
Stąd wraz z natchnieniem czujesz się ciężarny,
Tylko że pióra, dłuta brak, jak w lesie;
Modlitwy zatem (niegdyś zachód marny!),
Tylko że z każdą sto się widzeń niesie...
Dla tych nim miejsca osobne zastrzegę,
Baczę, azali wątku nie odbiegę,
Pieśń na więzienia poczynając chwałę,
Słowem, iż kąt to wart, co niebo całe!
V
Tu - wszakże zacny nie ma gościć po co
(Chyba, iż wnosi podłych władz sumienie),
Nikczemni owszem, skoro dniem i nocą
Jęczą na Bogu, kończą przez Zwątpienie,
A to jest piekła rzecz, gdy tak się pocą...
VI
I - niechby złośnik taki był schwycony
(Taki, że takim świat go aż nazywa),
A na lat parę dobrych osadzony,
Wypłynąłby on czysty jak oliwa,
Mądry i święty, i łatwo współ-czuty:
Tu bowiem naprzód się subtelni dusza,
Potem to jakoś w szkielet idzie spsuty,
Muszkuły potem i serce porusza,
Czyszcząc nieledwo że kaftan i buty.
W sposób, iż tak się materia wyleni,
Że aż się w niebios spostrzegasz bezdeni.
VII
To chcąc opisać, chodzę raz po celi,
To głowę wznosząc, to błędne ramiona,
Nagle zębami uszczknę jak z kądzieli
Drzazgę, gdzie rama drzwi jest wychylona,
I mam już pióro - wraz kropla kałuży
Za doskonały mi atrament służy –
I oto, oto płomień Apollina,
Nie mając więcej nad to, w wielkiej burzy,
Czuję... iż kończy się właśnie, gdy wszczyna...
VIII
Zaiste - pierwej pomyślność by warto
Zaznać, niż z tych się dziejów zbliżysz kartą;
Lubo wszech-sztuki więzień wie tajniki,
Lekarskiej naprzód, krwawym zna to potem,
Bez korowodów długich i aptéki,
Dalej, półświatłem szpitalowym – potem
Więzienie jeszcze ma sobie właściwy
Kordiał, że mowny czujesz się, i tkliwy,
I rzutki - tego radziłbym zażycie
Komuś, co, leżąc, obce waży życie –
W sposób, że człowiek po takim kordiale,
Wyszedłszy na świat, roztropnym jest wcale:
Czy to o wojnie rzecz, czy o finansach,
Przy tym cokolwiek pocznie, to jak z płatka,
W sam raz i nigdy nie szerzej, jak kratka.
IX
Zarzucić mógłbyś, iż krótsze stąd życie –
Skąd wiesz? a może, iż właśnie przeciwnie,
Tym mocniej zwite, że schowane skrycie;
Co do mnie, chwalę tak, jak znam, naiwnie
Za kozą mówiąc, z tą różnicą małą,
Aby jej godni nie chodzili cało.
X
I tak - ktokolwiek ważne rzeczy czyni,
Radziłbym, aby też, jak ja, Cellini,
Człowieka, rzeczy, dobra cenić pierwéj
Spróbował u tej więzienia Minerwy,
Bo może świat się niepotrzebnie wini,
Bo może często same zwodzą nerwy.
XI
Jakoż - pod czasy, gdy byłem więziony,
Widziałem różnej godności osoby;
A krócej, im kto więcej zasłużony:
Tych bacząc, rychło swe kończących próby,
Wolałbym zmienić kolebki na groby –
Lecz dość - by zbytnia nie zwiodła mię cnota,
Z tak przeczystego cały będąc złota,
Że ani słusznym na płacę byłoby,
Ani by dobrym było do roboty!
XII
Jest jeszcze inna myśl, z której ja sprawę
Zdałem: na jednej z ksiąg mego kuzyna
Znajdziesz to, starą unosząc oprawę –
Po brzegach, gdzie się wiersz każdy zaczyna.
- Spisałem ówdzie każdy ból po bolu,
Taki, że kiedy O kreśliłem - bracie –
Trzy razy drewno pierw było w półkolu,
I chyba dusze na dnie piekła zwite
Na węzły - bólem takim są przeszyte...
XIII
I - lubo śpiewam ja rymem więzienie
Dla tych, co o tym, zda się, nie są pewni,
Że bystrzej światło wypryska przez cienie,
Ani też nadto czuli są i rzewni:
Wszelako rad bym, by się ze mną stało
Dziś, co czytałem dziś chwil temu mało,
I słucham, zali głos mię nie doleci:
„Wstań, łoże twoje weź i chodź - mówię ci!"
XIV
O śpiewałżebym Credo - i Regina
Salve, i z Duchem w Imię Ojca, Syna,
Jałmużny dając tak gęste jak szczere;
Ja, co-m w liliową przeszedł płeć i cerę -
Tak że Florencji dość mam, dość i Francji,
Gdzie kwiat ów w herbie, acz dla elegancji...
……………………………………………..
XV
Lękam się tylko, że zdarzyć się może,
Iż, do szpitala wreszcie (Anuncjaty)
Wchodząc, gdy zoczę malowane kwiaty,
Jako stworzenie ucieknę nie-boże...
Och! nie - nie dla Niej, która tymi pączki
Błogosławiące ubieliła rączki,
Lecz iż z każdego Uścia, gdzie się zwija,
Skręcono pazur, co jak gwóźdź przebija;
Więc mógłbym popaść w strach i podejrzenia
Czarne na kwiat ów, najbielszy z stworzenia!
XVI
Och! bom ja widział... słuchajcie, boleśni,
Czyści i smutni... jam te widział rzeczy
Wysokie, których człek sam z siebie nie śni:
Ciemność na próżny ród spadła człowieczy,
Kupole dzwonów przepękły brązowe
Na zamku, i ja wychyliłem głowę;
I mówił do mnie Ten, co prawdę waży:
„Wynijdź" - a potem światło błysło nowe,
I ja patrzyłem na chmurę żałoby,
Co szła, liliami pstra połamanemi,
I pobrzmiewała łzami - a na ziemi
Wielu się w łoża chowało, jak w groby.
XVII
I ja widziałem znowu, jako Owy
Mówił mi, niby ważąc ból duchowy
Strachem a pokus ciężkich dopuszczeniem
Tej, owej duszy, przez jej stan niezdrowy -
I mówił... „Twym ja uderzam cierpieniem."
A potem milczeć kazał mi trzy razy
I naznaczył mię Piotrowym pierścieniem,
A potem drugie znów błysły obrazy...
XVIII
I ja widziałem znowu, jako Owy
Bierze na siebie słońce, i zapina,
I składa jako światły płaszcz lamowy –
Gasnący czując wzrok, i że jest glina
Schnąca, od tyla blasku jam się korzył
I drżał jak wróbel samotny na dachu,
Więc jako wróbel skargę jam wyłożył
I powołanym znów, w żywot, od strachu.
XIX
Nie - nie był nigdy wilk, ni paszcz lamparta,
Ni lew tak chciwy krwie, ani hiena
Mogła być kiedy do tyla zażarta,
Ile mój strażnik i straż - i ta scena,
W której ażeby malować postacie,
Trzeba by widzieć, jak gdzie w biednej chacie
Zbójcy zrywają od piersi szkaplerze,
Najświętszej Panny twarz depcą żołnierze.
XX
Tak mnie w auguście wzięto, w grób włożono;
W nowembrze swoją każdy poszedł stroną –
I ja wiedziałem wszystko, acz daleki,
Milcząc, jak czynią od bolu kaleki.
Aż gdy nadzieje ich zmyliły krwawe,
Dyjament zbity wmięszano mi w strawę.
Tu - że poznałem w kruszynach kryształu
Nieprzyjaciela twarz, śmierć mi pobladła
I już pragnąłem jej, jak ideału,
I wpatrywałem się w nią przez zwierciadła...
Lecz pierw, ze łzami mówiąc psalm pokutny,
Jam się przemodlił w radość - ja, tak smutny,
Prosząc, ażeby grzech mój był zgładzony
I abym czysto w czyste odszedł strony –
Tak że ból czując ukojon przez psalmy,
W omdleniu jasny liść mi zabłysł palmy,
A kształt anielski, który ją piastował,
Nadzieją życia, znowu mię darował,
Ciesząc, iż złego sąd jest niedaleki,
A Miłosierdzie Pańskie trwa na wieki...
………………………………………..
(Tu się kończy rękopism Celliniego.)