IV. BURZA
„O! społeczeństwo ludzkie, ty byłobyś rajem,
Albo przynajmniej czymsiś pogodnym bez przerwy,
Gdyby nie ta rzecz jedna, co zowią: zwyczajem,
I druga nie dość znana starożytnym: nerwy!
- Galileusz, gdy matka w kolebkę go niosła,
Czy winien był, że przed nim barbarzyńskie sędzię
Roznamiętnili kodeks, a klątwa z nim rosła? –
I że pierw jest człowieka-wróg, nim człowiek będzie?
Wróg zwyczaj, pokolenia nie ważący za nic,
Jakby je wszystkie najprzód znał i był bez granic.
- Jemu to gdy pokażą niemowlę w pieluchach,
Ceni je ledwo jako ogniwko w łańcuchach,
Jak dalszy ciąg, jak wiersza zerwanego kropki –
Próbując, ile ramię będzie do maczugi,
Ile do ostróg nowo narodzone stopki? –
Aż tu właśnie że przyszedł czas zrzucać kolczugi,
Aż tu broń idzie palna za kolebką dziecka,
I dorósł mąż, wołając: «Ludzkości zdradziecka!
Cóż mi ty za obecność dałaś ?» - Narodzeni
Po panteizmie, który Biblię fałszem mieni,
Inaczej znów w też same wstępują okowy - -
Człowiek nowy swobodnie wznieść nie może głowy
Ku niebu - tylko zaraz przez ordzałe kraty,
Bo zanim wyjdzie na świat, są już kazamaty.
Bo jeśli woła: «Wierzę», pierwej jest pytanie,
Czy, jak to on powiedział, usłyszeć są w stanie,
Czy raczej tak, jak słuchać się ponawykało,
Nim usta te, co rzekły «Wierzę», były ciało!"
To mówiąc, Wiesław w ciche pozierał niebiosy,
Jak człek, którego bliższa nadzieja ucieka:
Skwar był - kropelka jedna, jak zbłąkanej rosy,
Upadła mu na rękę - zagrzmiało z daleka –
Szyb drżenie i szmer kwiatów, co u okna stały,
I lot gołębia, krzywo pędzącego na dół,
Ledwo-że atmosfery znamię zwiastowały.
Jużci grom bił na niebie i deszcz lał na padół –
I wielkie smugi złotych błyskawic na ścianie,
Jakoby adamaszku żółtego zdzieranie,
Tam i owdzie w mieszkaniu czyniły niepokój:
Rzekłbyś, że skrzydła z siarki zagarnęły pokój.
Grzmiało tak i łyskało się zapamiętale –
Wtem, kołatanie do drzwi usłyszawszy mocne,
Wstał Wiesław i, przebiegłszy osiarczoną salę,
Drzwi otwiera - lecz komuż? -
- jak widzenie nocne,
Gdy w spieczonej gorączką rozbłyśnie źrenicy:
Poznał nieprzyjaciela!
„Co chcesz tu, Maurycy?
Ty, który, nim gdzie wnijdę, oczerniasz mię gniewnie?"
Maurycy na to: „Więcej o tym ani mowy,
Ani myśli - czy słyszysz, jak pada ulewnie ? -
Czas zmienił się - przepraszam cię - jestem nerwowy!"
Tu - samo się przysłowie stare napomyka,
Mało gdzie równie trafne - że: racja fizyka!