HORACY DELAROCHE
Salon był - przyjęto ówdzie, iż nie tylko się zachowywał ceremoniał, ale i te życzliwe gościnności tradycje, bez udziału których wszelka wytworność bywa umarłą. I przeto poufne osoby mogły nieco za wcześnie wchodzić, a spóźnionych porównie przyjęcie spotykało. Osoby dwie oczekiwały pani domu: młodzieniec mogący mieć pozory zamieszkałego na miejscu i podróżny obywatel z kraju - ci dwaj w języku polskim prowadzili dorywczą rozmowę. Obywatel, zapewne ażeby dopełnić sąsiedzkich pożycia warunków, nadmienił: „Byłoby mi arcyprzyjemnie wiedzieć, z kim rozmawiam ?..." - „Przedstawiam się panu w nieobecności osoby trzeciej... jestem Skalski -" - Ku czemu obywatel: „Czy nie będą ci Skalscy spod Świętokrzyskiej Puszczy, gdzie nazwisko to zacne noszą dziedziny dawne?..." - „Nie, łaskawy panie... Jestem Skalski z Paryża"...
Był to nieodżałowany ś. p. Horacy Delaroche, zygmuntowską mawiający polszczyzną i jeden z najoświeceńszych i najstalszych miłośników rzeczy naszych krajowych! Syn Pawła Delaroche, cichej, wielkiej, głębokiej, niekrzykliwej, a stanowczej sławy malarza: męża przeto tak we Francji, jako i we wieku dziewiętnastym wyjątkowego.
Tego zaś iż znać miałem zaszczyt, stało się skutkiem następstw ceremoniału, że ś.p. Horacy Skalski był mi zbliżonym. I rzekł mi on: „Pańskie nazwisko bynajmniej nieobce mi jest... (i tu dołączył nie mniej poprawnie kilkasłów)... ale pan już dawno nic nie publikuje?..." - a dodał to z pewnym rodzajem umiejętnej zalotności, jak wodzowie wielcy lubują w rozmowie właśnie że maleńki szczególik dotyczący militaryzmu podnieść, ażeby uwagę zwrócono na ich rozległą instrukcję.
Z mojej strony okazałem przepyszne zadziwienie, iż z najrodowitszym cudzoziemcem tak bezbłędnie mówi się po polsku (że istotnie trzy razy tylko na życiu coś podobnego i równego popotkałem — z kardynałem Mezzofanti, Horacym Delaroche i żyjącym spółcześnie hrabią Henrykiem de Ro-chetin).
Delaroche, to moje przyjąwszy zadziwienie, rzekł mi: „Starałem się znać język i zbliżyć sobie literaturę polską z tej przyczyny, że to jeszcze jedyna literatura-chrześcijańska"... (sic!-quousque?!/...) Nawias ten skoro w milczeniu połykałem, Horacy Delaroche do mnie: „Jak to?... czy pan zdania tego nie podziela?..." - a ja mu na to z tą przewrotnością patrycjalną, do jakiej wielokrotnie nakłania obywateli obowiązek: „Owszem, szlachetny panie!... owszem... oczekiwałem tylko, ażeby słowa te zaszczytne usłyszeć po polsku i z ust cudzoziemca."
(Eheu!! pomiędzy nami mówiąc: Delaroche pomieszał blisko-znaczności dwie - jest ci to zaprawdę literatura męczennicza i dlatego na niejakie oddalenie wydawać się może ona wyjątkowo chrześcijańską, iż męczennicza jest. Atoli określeń ścisłość w rzeczach pochlebnych azali obowiązuje kiedykolwiek? —)
„Prędko umarli jadą!" Indziej napomknąłem, co o pogrzebnym mówieniu mniemamy? i jak pojąłbym zeszłych wspomnienia?
Gdybym kąt ziemi miał, postawiłbym gdzie, albo w publicznym jakim
ogrodzie, kamienne pro-Christo, na którego bazie zapisywałyby się wszyst-
kiego narodu nazwy szlachetnych przyjaciółZaś gdyby,,
jak ś. p. Horacy Delaroche mniemał, był to wyjątkowego animuszu chrześcijańskiego kraj, toć zrobione by to było i NAWET, przyznano by mi, że o tym pamiętałem, z tej przyczyny, iż wdzięczność jest to chrześcijański promień przed chrześcijaństwa przyjściem już świtający.
1879